Siarkańska Grań z przygodami


Siarkańska Grań to południowa, boczna grań Wysokiej. Oddziela ona Dolinkę Smoczą od Złomiskiej Zatoki (odgałęzienia Doliny Złomisk). Od południa znajdują się w niej kolejno: Złomiska Turnia, Złomiska Przełączka, Mały Siarkan, Przełączka w Siarkanie, Wielki Siarkan, Siarkańska Przełęcz.
Nazwa Siarkana związana jest z tatrzańskimi legendami o smoku i pochodzi od słowackiego gwarowego słowa šarkan (smok).

Sobota-niedziela, 7-8 sierpnia 2021

Za cel wyjazdu obieramy z Kasią Siarkańską Grań. Droga nie jest trudna, a jedynie jeden fragment ma trudności III, pozostałe miejsca są łatwiejsze.

Pogoda ma być ładna, bezchmurna, dopiero w nocy mają pojawić się chmury i ma zacząć wiać, ale do tego czasu powinniśmy już zejść i się przed wiatrem schować... Takie było założenie, ale rzeczywistość kreśli własne scenariusze ;)

Do Zakopca jedziemy Flixbusem, później szybka przesiadka na busa na Łysą Polanę, gdzie przechodzimy na drugą stronę granicy i słowackim autobusem jedziemy do Starego Smokowca. Tu mamy czas na śniadanie w trakcie oczekiwania na elektriczkę do Popradskego Plesa. Tam wyciągamy kijki i zaczynamy podejście asfaltem do schroniska nad Popradzkim Stawem.

Chwila przerwy na kofolę.
Ruszamy dalej szlakiem w stronę Osterwy, by po chwili odbić do Doliny Złomisk. Widok na Złomiską Turnię w samo południe.

Bardzo charakterystyczny widok na Główną Grań Tatr z dna Doliny Złomisk. Widać m.in. Ganek, Rumanowy Szczyt, Żłobisty Szczyt, Zachodni i Wschodni Szczyt Żelaznych Wrót.

Wielki Siarkan, Siarkańska Przełęcz, Wysoka, Smoczy Szczyt, Szarpane Turnie.

Zbędne rzeczy zostawiamy w kolebie, bo i tak będziemy tu schodzić, więc nie ma sensu wszystkiego nosić. Bierzemy tylko to, co potrzebne i ruszamy przez szeroki, początkowo trawiasty żleb na Złomiską Przęłączkę.



Żleb w górnej części zwęża się i staje się kruchy. Jednak ten nieprzyjemny odcinek jest krótki i szybko stajemy na Przełączce.

Na szczyt Złomiskiej Turni jest niedaleko. Kwadrans i jestem z powrotem. Tym sposobem mogę powiedzieć, że zaczynamy przejście Siarkańskiej Grani (sł. Dračí hrebeň).

Po zachodniej stronie ładnie widać Grań Kończystej.

Początkowy fragment grani jest łatwy i przyjemny. Lita skała, miejscami eksponowana.

Mały i Wielki Siarkan na środku. Ładnie widać grań.


Z czasem grań robi się bardziej stroma i pojawiają się mniejsze i większe turniczki.

Płetwa skalna na grani Małego Siarkana.
W pewnym momencie dochodzimy do uskoku szczytowego Małego Siarkana. Uskok na wprost jest zbyt trudny, więc idziemy tak, jak wiedzie opis grani: w prawo w dół, trawiastą, zwężającą się półką. Ta półka w pewnym momencie kończy się stromą płytą, która doprowadza do pewnego rodzaju obniżenia. Tu droga skręca ostro w lewo i wiedzie w górę, poprzez 12-metrową rysę na płytowy wierzchołek Małego Siarkana.
Zanim ja jednak pojawię się na szczycie, idę za daleko. Zamiast skręcić ostro w lewo, ja idę dalej prosto, lekko w lewo i w górę przed siebie. Później robi się zbyt pionowo, trochę się motam, gdzie by tu miała iść nasza droga i mija sporo czasu zanim wracam na wspomniane obniżenie pod rysą, którą już szybko wychodzę na grań. Zakładam stanowisko i ściągam Kasię do siebie. To jednak nie koniec przygód w tym miejscu, bo gdy Kasia kończy asekurować i szykuje się do drogi, spada jej kubek i ląduje na trawiastej półce kilkanaście metrów poniżej stanowiska. Lina jest już wybrana, więc Kasia nie może się obniżyć po sprzęt. Dodatkowo z powodu przewieszki pomiędzy stanowiskami nie słyszę jej. Więc o kubku dowiaduję się dopiero, gdy doszła do rysy. Niby bez kubka można asekurować, jednak z nim jest łatwiej, więc przywiązuję linę i zjeżdżam w dół. Chwilę mi zajmuje zlokalizowanie gdzie on leży, a później muszę podejść kilkadziesiąt metrów na linie. Czasu na to tracimy dużo, więc grań szczytową Małego Siarkana idziemy już z czołówkami. Do tego zaczęło wiać, tak jak miało wg prognoz.

Granią idziemy kilkadziesiąt metrów, aż znajdujemy stanowisko zjazdowe. Zjeżdżamy z niego jakieś 20 metrów w stronę Smoczej Dolinki, do podnóża ściany. Stąd podchodzimy na wąską przełączkę. Przed nami mamy jeszcze dwie większe turnie zanim dojdziemy na Przełączkę w Siarkanie.

Na drugiej z nich, od strony Doliny Złomisk, znajdujemy dwie płaskie półeczki, na których chcemy przeczekać do rana. Do końca niby nie jest jakoś bardzo daleko, jednak Kasi latarka ledwo świeci (warto zadbać przed wyjazdem o baterie lub wziąć jakieś na zmianę ;) ), do tego mocno wieje i pojawiły się chmury. Dlatego też stwierdzamy, że lepiej poczekać i rano na spokojnie dokończyć drogę. Ubieramy puchówki pod kurtki, okrywamy się folia NRC dla osłony przed wiatrem i można się trochę przespać ;) Sen jest przerywany, bo mimo częściowej osłony przed wiatrem, od czasu do czasu zawiewa całkiem mocno.

Rano, gdy zrobiło się już jasno, ruszamy dalej na Przełączkę w Siarkanie. Stąd czeka nas już ostatnie podejście na grani. Najpierw łatwym, trawiastym zboczem, nad którym mamy trudniejszą, ale niską ściankę. Później jest już tylko kilkadziesiąt metrów wąskiej, litej i pięknej grani i jesteśmy na wierzchołku Wielkiego Siarkana (2260 m n.p.m.). Stąd mamy dwa krótkie zjazdy i jesteśmy na Siarkańskiej Przełęczy.
Ostatnie metry do Siarkańskiej Przełęczy.

Smoczy Staw, w tle fragment Popradzkiej Grani.

Widoczność nie rozpieszcza, więc do górnej części Doliny Złomisk idziemy częściowo na czuja. Ten rejon już jednak znam, więc problemów nie mamy.
Stwolska Przełęcz i schowana w chmurach Kończysta.

Idziemy po nasze zostawione wczoraj rzeczy. Coś tam jemy, przepakowujemy się i zaczynamy zejście nad Popradzki Staw. Po drodze obserwujemy skaczącą po niemal pionowej ścianie kozicę, a także biegającą po kamieniach wiewiórkę. Czyżby szła na Wysoką? ;)

My schodzimy, a tymczasem się rozpogodziło. Ładnie widać Szarpane Turnie.

Cała Siarkańska Grań. Od Złomiskiej Turni po Wielkiego Siarkana. Perspektywa trochę zakłamuje, ale widać większą część grani.

Widok, który bardzo mi się podoba. Żłobisty Szczyt ze Złomiskiej Równi.

Zejście do schroniska mi się dłuży. Chmury rozwiało i zrobiło się gorąco, nawet w cieniu lasu. Zmarzły Potok, wzdłuż którego idziemy, też nie przynosi ochłody. W schronisku pijemy kufel kofoli, zjadamy po česnekovej polévce i schodzimy do przystanku elektriczki. Trochę musimy czekać, ale w tym czasie leci kolejna kofola ;) Miejscowy kiosk sprzedaje zarówno napoje, bilety na pociąg, jak i pamiątki. Coś do jedzenia też się znajdzie, ale nam wystarczą te dwie pierwsze rzeczy.

W Starym Smokowcu przesiadka na autobus do Łysej Polany, gdzie czekamy na bus do Zakopca. Jedna z towarzyszących nam turystek stwierdza, że będzie problem z zabraniem się busem, więc idzie szukać podwózki u kogoś z parkingu. Ja jednak nie widzę problemu i po kilku minutach jedziemy już w stronę Zakopanego - po prostu busy na pierwszym przystanku zabierają tylko tyle ludzi, ile mają miejsc siedzących, ale później na trasie, wejść może tyle osób, ile da radę ;)

W Zakopanem mamy czas na szybką pizzę i Flixbusem wracamy do Wrocławia. Po pierwszej wysiadamy z autobusu we Wro, a na czwartą idę do pracy, więc nawet nie zachodzę do domu, bo szkoda się kręcić. Lepiej przekimać się na fotelu w pracy ;)

Trasa zajęła więcej czasu niż zakładaliśmy, ale nowe doświadczenie zdobyte. Najważniejsze, by zawsze sprawdzić, czy wzięło się zapasowe baterie do czołówki ;) (i nie gubić sprzętu...) Dodatkowo utwierdziłem się w przekonaniu, że krótkofalówki są bardzo pomocne, więc kilka dni później zamawiam komplet. Już teraz mogę powiedzieć, że dużo podnoszą komfort wspinania.
Sama Grań Siarkana to interesująca droga. Nie ma wysokich trudności, a przyjemność ze wspinu jest jak najbardziej:)

Więcej zdjęć: https://photos.app.goo.gl/zEVZVRggDaZt9sVJA

Komentarze

  1. Gratulacje! Byłem dawno temu w tym rejonie, szkoda, że pogoda się trochę skiepściła, ale dzięki temu będzie więcej do wspominania. Jak się nic nie dzieje to jest nudno.

    PS. Ze sprzętem to chyba każdy musi zaliczyć jakąś akcję, ja kiedyś szedłem zimą w niesprawdzonych, pożyczonych rakach które co chwilę się rozpadały, pod Mięguszem poleciał mi kask po który musiałem schodzić. Znam historię i ludzi którzy zapominali butów górskich zimą i trasę pokonywali w Adi... tzn Reebokach :D albo aparaty spadały - to już trochę bardziej szkoda. Słabo świecąca czołówka też się kilka razy przewinęła. Akcja na plus.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pogoda się trochę popsuła, ale takie były prognozy. Tylko my byliśmy za wolni ;)

      Te historie ze sprzętem to część z nich też znam :) Byłem ze znajomym, który miał jakieś dziwne raki, które co kawałek musiał poprawiać; mi na podejściu na Zawrat spadł plecak i musiałem po niego schodzić; znajomemu na wycieczce zimą żlebem poleciał aparat. Więc te historie to chyba takie uniwersalne ;)

      Usuń
  2. Ja pozostaję pod wrażeniem widoków, trasy i Waszej determinacji. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz