Adlerweg (etap 1-7)


Szukając pomysłu na spędzenie kilku dni na wędrówce przez austriackie szlaki, trafiamy na szlak długodystansowy Adlerweg, czyli Szlak Orła. W pełni liczy 420km i składa się z 33 etapów. To trochę za dużo jak na nasze możliwości czasowe, dlatego też planujemy przejść jedynie etapy 1-7, jednak "od tyłu", ze względów logistycznych. Na tej części szlaku możemy liczyć na typowo alpejskie widoki, więc pozostaje mieć nadzieję, że pogoda dopisze :)

Wtorek, 20 lipca 2021

Maurach, 401, Rofanspitze, , Kühlermahd

Po odwiedzeniu Monte Sasso w rejonie Brennero, wysiadamy z pociągu w Jenbach. Jest już koło południa, a stąd w góry kawałek jest, więc chcemy podjechać autobusem do Maurach, gdzie kończy się siódmy etap Szlaku Orła - Adlerweg. W tym celu korzystamy z autobusu nr 8332 odjeżdżającego z dworca autobusowego zlokalizowanego poniżej kolejowego (trzeba wyjść z dworca kolejowego i przejść tunelem pod torami). Bilet kosztuje 3,90€ i wysiąść można obok kolejki Rofanseilbahn, którą można wjechać do góry, za 19,50€, oszczędzając sobie 851 m podejścia.

Od Rofanseilbahn w Maurach chcemy zacząć naszą wędrówkę szlakiem Adlerweg, idąc "wspak". Powodem takiej decyzji jest dojazd. Jedziemy od granicy włoskiej, a po skończonej trasie będziemy wracać do Polski. Gdybyśmy chcieli pojechać na start szlaku w St. Johann in Tirol, a później kończyć w Maurach, to dwa razy pokonywalibyśmy ten sam odcinek, tracąc przy tym niepotrzebnie czas, który wolimy poświęcić na wędrówkę :)

Wsiadamy do kolejki i ruszamy do góry. Jak wygodnie i łatwo zdobywa się w ten sposób wysokość. Tak to mogę wędrować ;) Już tutaj jest ładnie, bo przez szyby wagonika rozpościera się widok na największe jezioro Tyrolu - Achensee, które dodatkowo oddziela od siebie dwa pasma górskie: Karwendel i Rofan.

Wysiadamy z kolejki i już po chwili ukazuje nam się skalna ściana ponad górską doliną - Dalfazer Wande.

Idziemy w górę doliny na przełęcz Krahnsattel (2002 m n.p.m.).

Szlak wiedzie szeroką, szutrową ścieżką. Z orientacją nie ma problemu, a zieloną dolinkę otaczają wapienne wierzchołki.

Z tej perspektywy szczyty nie są wielkie, ale kontrast bieli skał z zielenią trawy prezentuje się pięknie.

Po przejściu na drugą stronę przełęczy ukazuje nam się jezioro Grubasee i szczyt Sagzahn leżący w bocznej grani.


Adlerweg biegnie do Schafsteigsattel (2174 m n.p.m.), skąd schodzi w dół. Widzimy jezioro Zireiner See i dalszą drogę.

Niedaleko jest szczyt Rofanspitze (2259 m n.p.m.), który wygląda na wart odwiedzenia, więc nie możemy go odpuścić. Plecaki zostawiamy na przełęczy i zupełnie na lekko idziemy na górę.

Od północnej strony mijane wcześniej szczyty robią duże większe wrażenie. Urwiska już są konkretne. Widać także najwyższy w Rofanie szczyt Hochiss.

Rofanspitze (2259 m n.p.m.) i kontrast łagodnych zboczy i pionowych urwisk.

Po dłuższej przerwie na szczycie schodzimy. Po zejściu dostrzegamy świstaki i kozice.





Niżej trafiamy nad widziane już wcześniej Zireiner See. Uchodzi za jedno z najpiękniejszych jezior górskich Tyrolu. Rzeczywiście umiejscowione jest całkiem fajnie, z pasterskim szałasem nad brzegiem. Niestety zachmurzone niebo trochę odbiera uroku w tym momencie.

Opuszczamy najwyższy rejon Rofangebirge i powoli zmieniamy otoczenie na bardziej lesiste. Tymczasem otwierają nam się widoki na kolejne wapienne pasmo, jak się później okaże, jest to Wilder Kaiser.

Po zejściu z gór szlak prowadzi szeroką, ubitą drogą przez las. Idzie się dzięki temu łatwo i szybko, bo nie ma problemów z nawigacją (chociaż Kasia pamięta, że była niezła rozkmina z drogami i dróżkami :p), ani trudności technicznych. Pomiędzy drzewami oglądamy chowające się za szczytami słońce i zaczynamy szukać miejsca na nocleg.

Nie jest to najłatwiejsze, bo po obu stronach drogi są strome zbocza, ale po pewnym czasie udaje się znaleźć odbijającą w górę ścieżkę, prowadzącą w bardziej przyjazne do biwakowania rejony. Rozkładamy tarpa, bo miejscami chmury trochę dziwnie wyglądają. Ostatecznie jednak nic nie padało.
Po kolacji idziemy spać, bo jutro będzie ciężej ;)


Środa, 21 lipca 2021

Kühlermahd, , Pinegg, , Hundsalmjoch

Pobudka, śniadanie i ruszamy. Od rana jest dużo cieplej niż wczoraj, a dosyć szybko robi się wręcz gorąco. Do tego chmury zaczęły zanikać, dając nam niemal przez cały dzień dostęp do słońca, którego po pewnym czasie mieliśmy już dość ;)

Przez długi odcinek szliśmy różnymi szerokimi szutrami, tak samo jak pod koniec wczorajszego dnia. Idzie się dzięki temu szybko, jednak mało ciekawie. Dopiero po jakimś czasie pokazał się widok na całkiem fajną dolinę.



My podczas przemierzania tego szlaku już widzieliśmy latającego orła, jednak wcześniej nie udało się go sfotografować. Teraz jednak ładnie latał w kółeczko, więc i na kilka zdjęć się załapał. Co prawda nie jest to fota jak z National Geografic, ale orzeł jest, a to przecież jego szlak :)

Mieć domek w takim miejscu.

Schodzimy do Pinegg, gdzie przekraczamy rzekę Brandenberger Ache. Moją uwagę zwróciła ekipa spędzająca czas na małej plaży, z rozłożonymi ręcznikami i układająca ognisko. Musiało być bardzo przyjemnie tak posiedzieć w tym upale.

My tymczasem zaczynamy długie i mozolne podejście. Upał nie ułatwia zdobywania wysokości, ale na szczęście na dużej części trasy jest cień, który daje ciut wytchnienia w tej męczącej czynności. Po dłuższym czasie możemy zerknąć do tyłu i zobaczyć, gdzie jeszcze niedawno byliśmy. I po co było tyle schodzić do doliny, by teraz ponownie tyle włazić? Kto to wymyślił?

Powoli opuszczamy piętro lasu i wchodzimy w kosówki. Jak wiadomo, wędrowanie kosówką w upale to nic przyjemnego, bo od słońca nie chroni, ale od wiatru to już bardzo skutecznie.
Kienberg (1786 m n.p.m.) przed nami.

Widoki z grani na sąsiednie grzbiety - super!

Tam dopiero będziemy iść. Daleko jeszcze, a w oddali majaczy niewyraźne Wilder Kaiser.

Trochę schodzimy i mamy Plessenberg (1743 m n.p.m.) przed nami. Grań jest prosta, ale było kilka odcinków po skałach, nawet z jakimiś ułatwieniami, więc trzeba było uważać przy zejściu.

Kamieniołomy w Kundl i sąsiednim Wörgl.

Plessenberg (1743 m n.p.m.).

Bywa skaliście, a nawet trochę ślisko przez spływający po skałach strumień.
Gdzieś tam idziemy. To osiedle w oddali pod przełęczą to Nachberg-Hochleger. W jego otoczeniu szlak idzie niezbyt oczywistym wariantem, albo po prostu oznaczenie jest słabe, w efekcie czego trochę tam się kręcimy i niepotrzebnie wchodzimy kilkadziesiąt metrów w górę, by później zejść i podchodzić w drugą stronę. Co nie było zbyt fajnym dodatkiem po tym długim dniu, gdzie już sporo metrów zrobiliśmy.

Plessenberg i Kienberg za nami.

Nam zaczynają towarzyszyć krowy. Niektóre z nich są trochę przerażające, ale generalnie nas nie zaczepiają. Ale było kilka sztuk, które mocno się nami interesowały, chociaż było to w okolicy wspomnianej wcześniej osady, gdzie szlak niespodziewanie skręca. Więc może po prostu chciały nam przekazać, gdzie mamy iść ;)

Te krowy mają fajne życie :)

Dochodzimy pod schronisko Almgasthof Buchacker, rozważając nocleg w nim. Jednak kartka, na którą natrafiamy przy wejściu uświadamia nas, że nie ma takiej możliwości, gdyż z powodu braku pracowników są zmuszeni zamknąć lokal. Trochę się zawiedliśmy, bo ucieka nam szansa na coś z lokalnego menu, jednak mieliśmy plan awaryjny, z którego postanowiliśmy skorzystać.
Plan oczywiście zakłada nocleg w terenie, bo przecież to nie stanowi żadnego problemu. Ruszamy dalej na Hundsalmjoch (1635 m n.p.m.). Szlak niespodziewanie gubi się na łąkach poniżej lasu, jednak nie pasuje nam przebieg drogi, więc zaczynamy szukanie, gdzie to nasz wariant niespodziewanie odbił. Trochę nam to zajmuje, jednak ostatecznie się udaje i możemy podziwiać zachód słońca w trakcie podejścia na grań.

Tam jesteśmy już po ciemku i zaczynamy szukać płaskiego kawałka terenu, który nadawałby się na wygodny nocleg. Po pewnym czasie znajdujemy płaski kawałek trawy między kosówkami, rozkładamy maty, śpiwory i po kolacji czas spać. Tarpa dzisiaj nie używamy, bo nie ma takiej potrzeby.

Czwartek, 22 lipca 2021

Hundsalmjoch, , Langkampfen, Kufstein, 814, Weinbergerhaus, , Hintersteiner See, , Beinstingalm

Dzień wita nas wschodzącym słońcem oraz widokiem na Köglhörndl (1644 m n.p.m.).

Wilder Kaiser, tam już niedługo będziemy.

Tam już byliśmy wczoraj. Plessenberg i Kienberg oraz kosówki.



Po śniadaniu ruszamy. Najpierw ostatnie metry do krzyża na szczycie Hundsalmjoch, a później przechodzimy na sąsiedni Köglhörndl. Tam też spotykamy turystę z psem, który postanowił ranek spędzić w górach. Podziwiam, że mu się chciało ;)

Od samego rana jest już gorąco, a temperatura będzie już tylko wyższa.

Rzeka Inn mocno meandruje.

Ciekawe czy wtedy tu była granica.

Po zejściu naszym oczom ukazuje się gospoda Höhlensteinhaus. Nawet się nie zastanawiamy, tylko od razu wchodzimy do środka zamawiając apfelstrudel oraz zimny sok do picia.
Gdy my tak siedzimy i odpoczywamy od upału przy szklance soku, pojawia się kilku jednodniowych turystów na śniadanie. Widać, że miejscówka musi być popularna.

Schodzimy do Langkampfen, w którym nie zatrzymujemy się nawet, bo po sprawdzeniu rozkładu, okazuje się, że na pociąg do Kufstein jesteśmy niemal na styk. Czemu piszę o pociągu? Bo odcinek między Brandenberger Alpen a Kaisergebirge Adlerweg pokonuje właśnie koleją ;)

Lądujemy w Kufstein, mieście słynącym z twierdzy.

Tu odwiedzamy sklep oraz restaurację, gdyż mamy południe, więc warto by coś zjeść. Dodatkowo kolejny fragment szlaku wiedzie oryginalnie kolejką, my też chcemy tak samo go pokonać. Zatem robimy większe zakupy, bo przecież nie będziemy tego nosić, tylko wysokość sama się zrobi wyciągiem. Szczęśliwi idziemy pod dolną stację kolejki Kaiserlift, a tam nasze nastawienie mocno podupada. Z wywieszonych tam kartek wynika, że kolejka będzie czynna, ale... od jutra, bo jest przerwa covidowa... Przeglądamy wszelkie możliwe opcje, z czekaniem do jutra włącznie ;) i stwierdzamy, że nie mamy wyjścia, tylko trzeba na górę wyleźć na własnych nogach. Daje nam to nieplanowe 755 m przewyższenia z cięższymi niż normalnie plecakami. Do tego parę ładnych kilometrów w poziomie.
Idzie się mozolnie, ale daliśmy radę. Po drodze jeden z moich kijków poddał się trudom wędrówki i złamała się w nim widiowa końcówka wraz z kawałkiem trzymającego go plastiku. Na szczęście Black Diamond daje możliwość zakupu nowych końcówek i to w całkiem przystępnej cenie 25zł za parę. Samodzielna wymiana trwa dosłownie parę minut.

My tymczasem, po trzech godzinach wędrówki, pojawiamy się przy chacie Weinbergerhaus. Niedaleko niej jest również górna stacja kolejki, więc można powiedzieć, że tu powinniśmy być już dawno. Zasiadamy na trawie na posiłek, bo mamy za dużo własnych rzeczy w plecakach, by z tym wszystkim wędrować dalej ;)

Po dłuższej przerwie ruszamy dalej szeroką drogą, a przed nami piękny masyw Wilder Kaiser.

Widoki jak z pocztówki!

Wielkie wapienne ściany powodują, że dosyć szybko przynajmniej trochę zapominamy o zamkniętej kolejce.

Alpejski klimat :)

Masyw Zahmer Kaiser, będący północną częścią Kaisergebirge.

To mamy za sobą. Też jest ładnie, jednak niemal całą uwagę przykuwa to, co przed nami, gdyż białe ściany robią wrażenie.

Teraz szlak sprowadza nas nad polodowcowe jezioro Hintersteiner See. Na chwilę zasiadamy w jego okolicy. Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej, szukając dobrego miejsca na nocleg.

Takie miejsce znajdujemy w okolicach mijanej przełęczy. Kolejną noc będziemy spędzać pod gołym niebem, bo pogoda w dalszym ciągu ma być idealna.


Piątek, 24 lipca 2021

Beinstingalm, , Gruttenhütte, , Gaudeamushütte, , St. Johann in Tirol, Michelnhof

Rano ruszamy wcześnie, tuż po śniadaniu. Towarzyszy nam blask wschodzącego słońca, jednak samo słońce na razie chowa się przed nami.

W rejonie hali Kaiser-Hochalm natrafiamy na samoobsługowy bar, gdzie można kupić piwo i radlera za 3,50€ lub lemoniadę po 2,50€ od puszki. Coś dla siebie nabywamy i idziemy dalej.

Tutaj szlak robi się miejscami bardziej wymagający, stromsze odcinki, czasem ubezpieczone stalowymi linami, będą nam towarzyszyć jeszcze kilkukrotnie.

Pojawiają się kozice, ciekawe tego, co my tu robimy.

My tymczasem cały czas idziemy u południowych podnóży Wilder Keiser.

Tam daleko byliśmy. Aż trudno uwierzyć, że tyle już przeszliśmy.

Poszarpana grań, a na środku widoczne schronisko Gruttenhütte, które jest najwyżej położonym schroniskiem w tym masywie (1620 m n.p.m), do tego zlokalizowanym tuż poniżej jego najwyższego szczytu - Ellmauer Halt (2344 m n.p.m.).

Szlak poprowadzony u podnóża Treffauer.

Gruttenhütte i Treffauer w tle.

W schronisku robimy dłuższą przerwę. Jest gorąco, więc leci woda z Holunderblüten (sok z kwiatu bzu) oraz piwo bezalkoholowe.
Gdy już ruszymy, po pewnym czasie mamy przed sobą piękną skalną grań.

Niżej towarzyszą nam także alpejskie krowy :)

Taki typowy, tyrolski widok.

Góry powoli zostają w tyle, jednak cały czas warto się odwrócić, bo jest ładnie.

Najwyższa część Wilder Kaiser w całej okazałości. Ellmauer Halt to ten pierwszy od lewej, w grupie trzech najwyższych szczytów po prawej stronie.

Pojawiają się jakieś chmurki, my jednak kierujemy się w niższe części gór.



Cały czas jest ładnie!

Sporo wysokości już straciliśmy.

A przed nami, w oddali, kolejne ciekawie wyglądające pasmo. Ono już nie leży na Adlerwegu, ale wygląda zachęcająco. Jest to Loferer Steinberge.

Gdy mijamy pierwsze zabudowania St. Johann in Tirol zatrzymujemy się przy lokalnym mieszkańcu. Trochę go zmęczył upał, więc niezbyt chce mu się zapoznawać z turystami, ale przynajmniej nie ma nic przeciwko zdjęciom.

W St. Johann in Tirol zaczyna się Adlerweg, co dla nas oznacza koniec wędrówki. Początek jest przy dworcu kolejowym, my jednak na dzisiaj mamy inne plany. Odwiedzamy jeszcze sklep, by uzupełnić zapasy i idziemy ostatnie 2 km na camping Michelnhof. To były długie kilometry, bo chcieliśmy w końcu wziąć prysznic, rozłożyć się w cieniu i odpocząć po czterech dniach intensywnej wędrówki.


Sobota, 25 lipca 2021

To już dzień powrotu. Po drodze odwiedzamy jeszcze supermarket, by zrobić jakieś pamiątkowe zakupy spożywcze - co może być lepszą pamiątką niż butelka Holunderblüten Sirup czy Zirben Likör - tradycyjnego tyrolskiego likieru z szyszek sosny Limby. Ew. jakieś austriackie wafelki ;)

Wracamy pociągami na trasie St. Johann in Tirol, Wiedeń, Katowice, Wrocław.

Wypada jeszcze napisać, jak oceniam sam szlak. Na pewno warto się nim przejść, bo widokowo jest świetny. Trzeba być jednak świadomym, że ma też spore odcinki leśne na swojej trasie. Jeżeli miałbym wybierać tylko jeden najciekawszy rejon z tego co przeszliśmy, byłby to Wilder Kaiser. Tu wielkie, strome ściany przyciągają uwagę na tyle skutecznie, że nawet dla samego spaceru pod nimi warto się tam wybrać. Na mnie zrobiły takie wrażenie, że jeszcze na miejscu powiedziałem, że gdy tylko znajdę parę dni wolnego we wrześniu, to pojawię się tam ponownie.

Więcej zdjęć: https://photos.app.goo.gl/T4PrpAmFvXYCrCXH9

Komentarze

  1. Bardzo malowniczy odcinek pokazałeś. Ujęła mnie "alpejska krówka" , no i... tarp!

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ładna i różnorodna trasa. Pogoda zadziwiająca jak na lipiec (bez burz) chociaż na fotkach widać dużą wilgoć w powietrzu, na czym traci widzialność. Krowy na szlaku...skąd ja to znam :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W poprzednim tygodniu mieliśmy wystarczająco deszczu jak na dwa czy nawet trzy lipcowe tygodnie ;) Należało nam się :D

      Usuń
  3. Słuchając Alternative 4 czytam sobie tą wędrówkę i zazdroszczę. Chyba najbardziej tych widoków o wschodzie...genialne!

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem zauroczony pokazanymi zdjęciami. Opisany fragment trasy bardzo mi przypomina trasy wycieczkowe w słowackich Tatrach Zachodnich. Mieliście bardzo bliski kontakt z przyrodą, zwłaszcza w czasie noclegów, jednak mnie bardziej odpowiadałby spanie w namiocie.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nad braniem namiotu się zastanawialiśmy, jednak zdecydowaliśmy się na tarp ze względu na mniejszy ciężar. Zwłaszcza, że nie miał być używany codziennie przez cały urlop, a jedynie parę razy.

      Usuń
  5. Gdybyś był zainteresowany dalszym ciągiem szlaku Adlerweg zerknij na bloga skadinagrani tam jest opisana szczegółowo dalsza część

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam, kilka razy czytałem ;)

      Usuń
    2. Tak się naczytał, że w końcu sam spakował plecak i pojechał na Adlerweg! 😁

      Usuń
    3. Widzę, że pogodę mieliście podobną co ja - słonecznie. Ach! Super było przejść tym razem z Wami każdy etap. Rozbudziły się wspomnienia! Zazdraszczam wschodu słońca w terenie! W relacji wspomniałeś o kijkach BD. Osobiście swoich używam już dobrych kilka lat i na przestrzeni użytkowania wymieniłam dwie części. Fajna sprawa, że można wymienić jeden moduł, a nie kupować nowe kije trekkingowe. Co prawa im starszy model kijków, tym z biegiem lat trudniej jest dostać pasujące elementy. Jednak sama polityka BD w sprawie kijków mi się podoba. Macie w planach kontynuację Adlerweg, trzymając się "tradycji", znowu pod prąd? ;)

      Usuń
    4. Ja wymieniłem grot i dolny segment, bo się wygiął podczas zimowego poślizgu. Z tymi pasującymi elementami to nie do końca tak, bo o ile trudno znaleźć w opisach w sklepach informację wprost, że pasują do tego modelu, to w rzeczywistości czasami pasują. Tylko, że to trzeba dobrze sprawdzić.

      Nie wykluczam kolejnych odwiedzin na fragmencie szlaku, ale nie jest to priorytet, ani cel na bliższy czas. Jednak Karwendel mam na oku, ale w innej wersji :)

      Usuń

Prześlij komentarz