Mały Szlak Beskidzki w 3 dni



Pomysł przejścia Małego Szlaku Beskidzkiego miałem już od co najmniej dwóch lat. Do tej pory kiepsko było z realizacją, bo z jednej strony szlak jest za długi, by jechać na niego w normalny weekend, a zbyt krótki, by robić z niego długą przeprawę. Jednak w końcu nadarzyła się odpowiednia okazja.

Piątek, 31 października 2014

Bielsko-Biała Straconka, , Leskowiec

Tą okazją był pierwszy świąteczny weekend listopadowy, tzn. Wszystkich Świętych. Dużo osób na szlakach nie powinno być, a i pogodę zapowiadali dobrą. Aż żal było nie wykorzystać takiej okazji na realizację odkładanego pomysłu.

Na początek trochę informacji o nim zaczerpniętych z Wikipedii:
„Mały Szlak Beskidzki – szlak turystyczny o długości 137 km znakowany kolorem czerwonym, biegnący od Straconki w Bielsku-Białej (Beskid Mały) po Luboń Wielki (Beskid Wyspowy). Prowadzi przez tereny Beskidów, które omija swoim przebiegiem Główny Szlak Beskidzki – Beskid Mały, Beskid Makowski oraz Beskid Wyspowy.”

Jak widać jego długość (licząc mapowo wychodzi mi 130km), pozwala przejść go w 3 dni. Trzeba dodać, że mam na myśli długie, letnie dni, bo wtedy długo jest jasno ;-)

Ja niestety nie mam już do dyspozycji długich, letnich dni, ale za to posiadam nową czołówkę Black Diamond Spot III, więc noc mi nie straszna :-P A tak serio, to postanowiłem pokonać szlak w zakładanym od dawna sposób.

Pierwsze schody zaczynają się wraz z dojazdem. Pociąg TLK z Wrocławia do Katowic łapie na trasie opóźnienie, przez co spokojnie wsiadam do pojazdu Kolei Śląskich. Tego godzinę po moim planowym ;-) Ale on również spóźnia się na trasie, więc jest fajnie. Po wyjściu na peron w Bielsku-Białej, idę pod kościół w dzielnicy Straconka, gdzie swój początek ma MSB.

Startuję dokładnie o 11.55. Czyli do zachodu mam 4h30min, nie jest źle, ale miało być lepiej.
Najpierw szlak wiedzie asfaltem, później jednak odbija w las, by stopniowo zdobywać wysokość. Po drodze mijam pierwsze duże ilości błota na szlaku, ale co to jest prawdziwe błoto miałem dowiedzieć się dopiero później.
Pierwszy krótki postój na zdjęcie robię na Przełęczy u Panienki (710 m n.p.m.).

W tym miejscu znajduje się kapliczka Matki Bożej oraz ponoć jest gdzieś źródło. Gdy byłem tu ostatnio, nie udało mi się go odnaleźć, podobnie miał znajomy, więc pozostaje mi wiara. Kolejnym charakterystycznym punktem na szlaku jest stalowy krzyż na (C)hrobaczej Łące (828 m n.p.m.). Kiedyś tu byłem na dłużej, mając przyjemność widzieć niewyraźne Tatry.

Nie zatrzymuję się tu jednak, bo widoczność słaba i idę dalej. Teraz czeka mnie zejście do Jeziora Międzybrodzkiego. Nad, a właściwie pod, jeziorem znajduje się Zapora Porąbka spiętrzająca wody Soły, a których powstało jezioro.



Kolejny etap to podejście na Górę Żar. Sporą część trasa biegnie asfaltem, mijając po drodze tabliczki z zakazem wejścia i informacją o aktywnym osuwisku. Ale za to samochody tędy nie jeżdżą, bo jest zakaz na pewnym odcinku ;-) Widoki za to są.


A sama góra robi na mnie ponura wrażenie. Dobrze, że pora już późna i zimno, bo inaczej pewnie byłoby tu mnóstwo ludzi. Zresztą wita mnie tam typowa muzyka z gatunku górskie disco-polo oraz koty sępiące jedzenie ;-) Tak więc mam przyjemność zrobić sobie pierwszą przerwę na dzisiejszej trasie, zjeść kolację i nakarmić kota słuchając skocznych góralskich, lub nie, melodii.

Po pewnym czasie, gdy słońce trochę się obniżyło, a mi zrobiło się zimno, ruszyłem dalej. Obchodzę zaporę po prawej stronie (szlak został zmieniony) i dochodzę do dużego parkingu. Tu nastaje problem, bo nie widzę, gdzie teraz idzie szlak i trochę krążę, ale właśnie przyjeżdża miejscowy, od którego zaciągam języka i już po chwili jestem na właściwej trasie.
Podejście na Kiczerę jest krótkie, ale warto tu podejść. Widoki SA rewelacyjne, szczególnie o zachodzie słońca.




To jezioro jednak ładnie wygląda :-) Bardzo oryginalnie.
Zresztą sam szczyt również jest interesujący. Dla szukających darmowych miejscówek noclegowych, jest to ładna wiata:


Nie myślę jednak o noclegu w niej, bo po pierwsze nie jestem śpiący ani zmęczony, a po drugie nocleg zaplanowałem trochę dalej.
Dalej to spacer lasem do asfaltu na Przełęczy Kocierskiej. Jest tu jakaś restauracja/hotel. Co dokładnie, to nie wiem, nie sprawdzałem. Po drodze mijam ruiny „szałasu letniego”.


Idzie się fajnie i przyjemnie, ale robi się coraz zimniej. W pewnym momencie zauważam, że trawy pokrywa szron.


To rozwiewa moje rozważania co do temperatury – jest na pewno na minusie. Co prawda lekkim, ale zawsze. No, ale trochę te rozważania trwały, bo zanim to zauważyłem, schodziłem już z Potrójnej, na której miałem kolejny krótki postój, podczas tej wędrówki. Myślę, że stąd są ładne widoki, bo widziałem zarysy okolicznych szczytów.
Później schodząc z Madahory chwilę zajęło mi odnalezienie szlaku, który niespodziewanie skręca w lewo. W dzień to miejsce pewnie nie jest trudne do zauważenia, jednak nocą nie było tak łatwo ;-)
O 21.40 dochodzę na Leskowiec zajmuję wiatę, gotuję kolację i szykuje się spać. Nastawiam się na ciężką noc, bo cała łąka pokryta jest pięknym szronem (żałuje, ze nie zrobiłem zdjęcia!), ale ostatecznie było dobrze.

Dystans: 36km
Czas: 9h35min

Sobota, 1 listopada 2014

Leskowiec, , Kudłacze

Pobudka po 6 i okazało się, że noc nie była zła. Ociepliło się i cały szron zniknął jeszcze w nocy. A jak wiadomo, nocne ocieplenie oznacza zmianę pogody na gorsze, więc nie ma z czego się cieszyć.
Wschód oczywiście był, chociaż taki dziwny kolorystycznie.


Widać zresztą zmianę pogody w chmurach.


Jednak Tatry było widać, wyjazd więc jest udany :-)


Z drugiej strony doliny ładnie prezentuje się Babia Góra.


A sama wiata wygląda tak:


Później ponownie wchodzę do śpiwora i trochę czekam, bo nie mogę za szybko zejść do schroniska na śniadanie. Samo schronisko leży jakieś 3 minuty od Leskowca, więc daleko nie mam. Zachodzę tam na posiłek, uzupełniam wodę i zaczynam drugi dzień wędrówki Małym Szlakiem Beskidzkim o godzinie 8.30.


Podczas zejścia do Krzeszowa mijam źródełko przy szlaku, o którym wcześniej nie wiedziałem. Gdybym wiedział, nie jadłbym śniadania w schronisku, tylko ugotował sobie coś sam. W Krzeszowie robię zakupy i idę dalej.
Ciekawszym miejscem są rejony Żurawnicy/Gołuszkowej Góry. Chodzi oczywiście o widoki:


Przed Zembrzycami mijam jeszcze kilka kapliczek. Swoją drogą na tym szlaku jest ich tu dużo. Część jest murowana, część w formie przydrożnych krzyży, ale są i zwracają na siebie uwagę.

Gdzieś tu kończy się Beskid Mały, a zaczyna Makowski.


Pierwsze spotkanie z Beskidem Makowskim, to długie podejście na Chełm. Spora jego część to asfalt, jednak jakieś widoki się zdarzają.




Na Chełmie, albo raczej za nim, robię przerwę na obiad. A by jednocześnie zjeść coś porządnego, prócz zupy piekę kiełbaski.


Przerwa jest konkretna, bo 1,5h mija, nie wiem nawet kiedy. Gdy pakuje plecak pada na mnie kilka kropel deszczu. Z niepokojem patrzę, czy nie zacznie lać, ale okazało się, że tylko postraszyło.
Teraz szlak wygląda jak dobra, utwardzona droga.

Później schodzę do miejscowości Palcza, a w jej okolicach mam okazję obserwować zachodzące słońce.


Jakąś godzinę za Palczą mijam wiatę.


Generalnie mówiąc ten fragment szlaku jest nudny. Idę, idę i nawet nie wiem, gdzie dokładnie jestem. Mijam jakieś szczyty, przełęcze, ciągle idę lasem, omijam wciągające błoto, zajmujące całą szerokość sporej ścieżki. W pewnym momencie dochodzę do polany z Kaplicą św. Huberta i kilkoma ławkami. Obserwuję podchodzącego do skraju polany lisa, który jednak uciekł, gdy poświeciłem w niego długim światłem.W tym miejscu odpaliłem GPS’a w komórce i zobaczyłem, gdzie to ja wylądowałem. Nie to, żebym się zgubił, po prostu od prawie 3h szedłem nie wiedząc, w którym miejscu szlaku dokładnie jestem – mijane na drogowskazach nazwy nic mi nie mówiły, a moja mapa w skali 1:75 000 ma tylko główne punkty, których na tym odcinku brak.
Po chwili odpoczynku ruszam jednak dalej, bo kawałek jeszcze mam dzisiaj w planach.
Z monotonnego marszu nudnym lasem, wyrwał mnie… miś! Pluszak leżący na drzewie. Ciekawe w jakim celu ktoś go tu wrzucił ;-)

Na zejściu do Myślenic mijam taką oto kaplicę z mnóstwem ławek w okolicy. Kolejne ciekawe miejsce na biwak.

A przed samymi Myslenicami natrafiam na to straszące drzewo:

Po zejściu do Myślenic spotykam Judkę, z którą kawałek idę i rozmawiam o okolicznych szlakach, by jednak dość szybko się z nią pożegnać i odbić na Myślenice Zarabie.
Stąd zaczyna się ostre podejście w stronę Uklejnej. Początkowo jest naprawdę stromo i męcząco, później jednak się trochę poprawia. A ja ponownie idę przed siebie, mijając co pewien czas tabliczki z nazwami mijanych miejsc i próbując zlokalizować to w przestrzeni. Bo przechodząc do tego pasma, zmieniłem również mapę na 1: 90 000. Jak łatwo się domyślić, nazw jest na niej jeszcze mniej niż na poprzedniej ;-) Całe szczęście mam ze sobą również rozpiskę trasy w formie papierowej.
W każdym razie do schroniska na Kudłaczach dochodzę o godz. 0:50. Nie ma sensu bym budził gospodarzy, więc lokuję się w okolicy ;-)


Jem kolację i idę spać. I o ile jestem śpiący, to zmęczenia dalej nie czuję. Jest dobrze :-)

Dystans: 60,2km
Czas: 16h20min

Niedziela, 2 listopada 2014

Kudłacze, , Luboń Wielki

Tym razem pobudka po 7, jem śniadanie i o 8.20 ruszam na dalszą część Małego Szlaku Beskidzkiego.
Widok sprzed schroniska zachęca.


Jak widać dzisiaj pogoda jest dużo lepsza niż wczoraj, słońce świeci, będzie się lepiej szło :-)
Początek dnia to podejście na Lubomir, który wg KGP jest najwyższym szczytem Beskidu Makowskiego, chociaż wg regionalizacji Polski, leży w Beskidzie Wyspowym.


Zejście ze szczytu to tragedia. Ciężko się idzie. Najpierw kamienie, potem asfalt. Nic fajnego. Za to widoki są piękne i odwracają uwagę od niewygodnego szlaku.






Widać nawet Tatry (myślę, że się nie mylę).


Etap do Kasiny Wielkiej jest ciekawy. Co prawda wszystkie góry są zalesione, jednak z przełęczy między nimi rozpościerają się interesujące widoki.


Lubogoszcz




Przed szczytem Dzielec zaczynają się również wiatrołomy, które utrudniają wędrówkę, bo nie zawsze zostały już usunięte. Jak się okaże, będą mi towarzyszyć aż do końca wędrówki MSB – oczywiście nie ciągle.


Zabudowania Kasiny Wielkiej i górujący nad nią Lubogoszcz.


W Kasinie Wielkiej odbijam ze szlaku i idę do centrum do sklepu po zakupy na drugie śniadanie, które planuję zjeść w sprzyjającym miejscu zaraz za asfaltem, którym początkowo biegnie szlak.


A moje drugie śniadanie składało się z bananów, wafelków Familijnych i kefiru :-)

A co psuło tą przerwę? Ciągle przejeżdżające tędy motocykle i quady. Widać miejscowym pracownikom leśnym nie przeszkadzają one na ich terenie, albo po prostu nie wypada przeszkadzać znajomym w jeździe po lesie. Cóż, takie życie. Bo nie uwierzę w zapewnienia, że nie wiedzą gdzie oni jeżdżą…
Podejście na Lubogoszcz jest długie, strome i męczące. Główną trudnością jest błoto, do tego rozjeżdżone przez motory i ciężki sprzęt. Brak drzew utrudnia orientację w terenie, jednak udaje mi się bez pomyłek trafić na szczyt.

Na szczycie znajduje się krzyż, ławki, tablice informacyjne i miejsce ogniskowe.


Zejście ze szczytu zajęło mi mniej czasu niż przypuszczałem patrząc na mapę. Bynajmniej nie narzekałem. W Mszanie Dolnej robię zakupy w Tesco i przy zachodzącym słońcu kieruję się w stronę Lubonia Wielkiego.


Aż do Przełęczy Glisne idzie się polami, asfaltem i łagodnym lasem. Dopiero później teren bardziej się pionuje i zaczyna się męczący kawałek. Jednak idzie się przyjemnie, mając w perspektywie że to już koniec.
Szczyt pełen jest połamanych drzew, bo chociaż szlak został oczyszczony, to dookoła jeszcze leży ich mnóstwo.
A na szczycie jestem o 18.25, czyli dokładnie 54h30min od startu.

Dzwonię do drzwi schroniska – są zamykane – po chwili schodzi gospodarz i daje mi pokój. To schronisko jest wg mnie dziwne. Małe, w sumie ma tylko dwa pokoje (w tym jeden gospodarza). Do tego podejście dzierżawcy do turysty bardzo specyficzne. Gdyby nie to, że za oknem wiało potężnie, zastanawiałbym się, czy nie lepiej byłoby spać gdzieś pod krzakiem, czy w jakiejś wiacie ;-)

Dystans: 34,4km
Czas: 10h05min

Poniedziałek, 3 listopada 2014

Luboń Wielki, , Rabka-Zdrój

Wstaję, gdy czuję się wyspany, jem śniadanie i o 10.00 wychodzę ze schroniska. Wieje w dalszym ciągu, ale widoki również są.




Zejście ciągnie się w lesie. A co można spotkać w środku lasu na środku szlaku? Oczywiście auta terenowe i to w ilościach dużych. A prócz tego pomiędzy drzewami łazi grupa naganiaczy, krzyczy, hałasuje, a na szlaku stoją myśliwi i czekają na przestraszone zwierzęta. Ciekawe czy byli zadowoleni z mojego przybycia tam.

Po drodze na dół mijam kapliczkę.

Jest też widok na Gorce.


No i na tym zakończyłem wyjazd. Z Rabki wsiadam w busa do Krakowa, skąd pociągiem jadę do Wrocławia.

Jak widać udało mi się przejść Mały Szlak Beskidzki w 3 dni, jak to sobie pierwotnie zakładałem, a czwarty dzień przeznaczyć jedynie na powrót do Wrocławia.
Niektórzy pewnie powiedzą, że niepotrzebnie chodziłem tyle nocą, jednak uważam, że większość najciekawszych odcinków przeszedłem za dnia. Dodatkowo zrobiłem fajną, dłuższą (jednorazowo) trasę w tym roku, a warto co pewien czas przejść jakiś dłuższy odcinek „ciągiem”, by siebie sprawdzić.

Komentarze

  1. Ładnie, ładnie :D Poranek na Leskowcu z naprawdę niezłymi widoczkami :) Też chciałem robić w tym roku MSB, ale gdy dochodzi już etap podejmowania decyzji, to ani Beskid Mały ani Makowski (Wyspowy już bardziej ;p) nie mają u mnie siły przebicia.. Choć ilekroć oglądam foty z przejścia MSB kusi mnie żeby jednak się do niego zabrać... :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zabierz się, polecam, bo szlak ciekawy - generalnie bym powiedział, że ciekawy jest początek i koniec - czyli Beskid Mały i Wyspowy. Środkowy odcinek, czyli Beskid Makowski, który w sporej części pokonałem w nocy, jest już mniej ciekawy - bo idzie się głównie lasem, więc widoków i tak nie ma. Może pomyślisz również o szybkim przejściu?

      Usuń
    2. Może pomyślę o szybkim przejściu, ale 4 dni to jest maximum moich możliwości.. Chyba w trzy już nie dałbym rady, zresztą nie wiem, bo rzadko chadzam na kilkudniowe wycieczki sam.. A w grupie idąc, to swoich możliwości nie mam okazji sprawdzić ;/ Choć czas na taką wędrówkę pewnie by się znalazł, bo z Krakowa to blisko :)

      Usuń
    3. Jak to napisała Wisława Szymborska: "Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono", więc warto sprawdzić jak to wyjdzie w rzeczywistości.
      Wiadomo, że dla każdego szybko, oznacza coś innego, więc trzeba to dostosować do siebie.

      Ale powiem pewną złotą myśl, która jest ważna przy takich wytrzymałościowych, czy też męczących przejściach i czasem potrafi sprawić cuda: "Psychika jest najważniejsza". Bo czasem człowiek jest tak zmęczony, że nie ma już siły iść, ale przy odpowiednim nastawieniu jest jeszcze w stanie pokonać te ostatnie 30km do mety ;-)

      W każdym razie powodzenia, bo z Krakowa masz łatwiej :)

      Usuń
  2. Kawał dobrej roboty. Ciekawy wyjazd i super opis. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluję realizacji założonego planu! Chociaż łazić tyle po nocy... ;-)
    Też mnie ciekawi powód zawieszania maskotek na drzewach. Zwłaszcza, że nie pierwszy raz się z tym spotykam. Mają szlak wskazywać? :-)
    Zdjęcie jeziora o zachodzie słońca magiczne... Ale Tatry to już sobie w PS wstawiłeś :-P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) A chodzenie po nocy też ma swój urok, nic nas nie rozprasza :-P
      Może komuś przeszkadza taki duży pluszak w mieszkaniu i postanawia go uwolnić? :-P

      Coś musiałem w tym PSie porobić, bo bym się nudził ;-)

      Usuń
  4. Kolejny śmiały wypad, Gratuluję przejścia i samozaparcia. Kilka fragmentów tej trasy zaliczyłem, ale w sumie to było kilka wypadów w różne rejony. Piękne zdjęcia zachodów i wschodów słońca.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-)
      Ja chciałem uniknąć dzielenia tej trasy na osobne fragmenty ze względu na jednak długi dojazd. Cóż, z Wrocławia to jednak kawałek jest by tam dojechać.

      Usuń
  5. Gratulacje udanej wycieczki :) Świetny opis i zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
  6. Gospodarz na Luboniu... Gdy tam byliśmy zastanawialiśmy się czy wolno poprosić o pieczątkę i jak się to dla nas skończy. Bardzo wyraźne te Tatry - pozazdrościć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe. Ja jak byłem i jadłem śniadanie, to się do niego odezwałem, ale długo nie pogadałem, bo wykorzystał pierwszą okazję, by się zmyć ;-) Nie lubi towarzystwa, pewnie dlatego wybrał takie odludne schronisko ;-)

      Usuń
  7. O tak, psycha podczas takich wyzwań jest najważniejsza. Ja miałam okazję być kilak lat temu w takiej ciągłej trasie na jednym z obozów wędrownych pod tytułem "Szlakami Karpackich Parków Narodowych". Około 9 dni, ale aż tak długich dystansów jak 60km to nie robiliśmy :). Samotnego przejścia ogólnie bym się chyba nie podjęła (może ze względów bezpieczeństwa), poza tym taki misiek to by mi na bank palpitację serca spowodował. ;)

    Poza tym to gratuluję z całego serducha :) Szacun :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Samotne wędrówki mają swój urok, trzeba to odkryć i spróbować :-) Nikt Cię nie rozprasza i nie przeszkadza :-P
      A w lesie jest ogólnie bezpiecznie :-)

      Dzięki :-)

      Usuń
  8. Gratuluję MSB !!!
    Mam też go w planie i liczę, że uda mi się go zrealizować w nadchodzącym roku, ale na pewno nie w trzy dni :) Dobrze znam już połowę tego szlaku z pojedynczych wypadów. Co do "źródełka", które znajduje się po drodze na Hrobaczą, to jest tam, ale ja bym tego raczej źródełkiem nie nazwał, bo to zwykła, wystająca rurka, z której rzadko coś leci :) Też miałem problem z odnalezieniem :D
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem nawet taka małą rurka może być dla kogoś wybawieniem, albo utrapieniem, jeśli jest na mapie, a nie ma w terenie ;-)

      To życzę powodzenia w realizacji planów w tym, już nowym roku :)

      Usuń
  9. "Jednak Tatry było widać, wyjazd więc jest udany :-)"- zdecydowanie! :) Ja z Leskowca widziałam tylko Babią i Pilsko.
    A źródełko u Panienki jest gdzieś poniżej z tego co pamiętam, byłam tam lata temu i też się naszukaliśmy.
    Podziw za drugi dzień, dałeś sobie popalić. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To też nie było źle, bo Babia również fajna :-) Chociaż dużo bliższa.
      Tatry tak wyraźnie były widoczne tylko o poranku, później widoczność się pogorszyła.

      Tak, drugi dzień był konkretny, ale nie zajechałem się jeszcze :-)

      Usuń
  10. hehe, gospodarz na Luboniu jest zaiste specyficzny :)
    ale kwaśnicę podaje przednią - polecam, dobrze rozgrzewa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo specyficzny :-)
      Może następnym razem spróbuję, bo tym razem nie miałem ochoty na nic ciepłego do jedzenia. Zadowoliłem się suchym prowiantem i gorącą herbatą do picia :)

      Usuń
  11. Witam :) Za miesiac planuję pokonać tę trasę i mam pytanie jak wyglada sprawa noclegów. Widzę, że Pan nie nocował w schroniskach co również lezałoby i w moim zamiarze, czy często spotykane są takie wiaty, pola namiotowe, czy cokolwiek gdzie można spędzić noc, nadając wyprawie bardzej ekstremalny charakter?
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę powodzenia na trasie, bo wg mnie warto się przejść tym szlakiem. Szczególnie jego początkowym i końcowym fragmentem, bo środkowy jest trochę nudny. Ale i tak warto poznać całość.

      A co do miejsc noclegowych typu wiaty, to idąc standardowe, ok. 30km dziennie, może być ciężko by codziennie kończyć trasę przy jakiejś wiacie. Mogę powiedzieć, że wszystkie ciekawsze wiaty, pod względem noclegowym, wymieniłem w powyższej relacji. Myślę, że łatwo będzie je zlokalizować na mapie. Nic więcej ciekawego nie mijałem. Fakt, było po drodze trochę ławek, ale albo w ogóle nie krytych dachem, albo był on miniaturowy i nie chronił przed ew. deszczem.
      Chyba, że wzięłabyś namiot, wtedy z noclegiem nie byłoby problemu, bo jest tam mnóstwo różnych miejsc nadających się na rozbicie namiotu - nie koniecznie pól namiotowych, ale jakichś polan, wypłaszczeń.

      Jeśli coś jeszcze byś chciała wiedzieć, pytaj, postaram się pomóc :) I czekam na informację jak poszło na szlaku :;)

      Usuń
  12. Dziękuje bardzo za informację :D Tak mam zamiar zabrać namiot :) To będzie moja pierwsza taka wyprawa, więc lekki stres jest. ale cóż kiedyś trzeba wreszcie spróbować :D
    Oczywiście po skończonej trasie napiszę do Pana, a i tak już z góry dziękuję za inspirację. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wycieczki namiotowe są bardzo fajne, a w lesie nie straszy, wbrew powszechnym opiniom :P Wiadomo, że początki zawsze są trudne, ale wraz z doświadczeniem będzie coraz łatwiej ;)

      Cieszę się, że moja relacja była dla Ciebie pomocna i inspirująca. Takie komentarze pokazują, że warto pisać te wszystkie relacje :)

      Mam tylko prośbę: W Internecie przyjęło się mówić do siebie na Ty, Pan jakoś dziwnie brzmi ;)

      Powodzenia na szlaku :)

      Usuń
  13. Ewa, kiedy dokładnie się wybierasz? Też planuję tą trasę połknąć w maju albo czerwcu. Pozdrawiam, Michał :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Z kumplem za 10 dni ruszamy, wariant 4 dniowy. Oby blota strasznego nie bylo.

    OdpowiedzUsuń
  15. Bardzo ciekawa relacja! Na Chełmie Wschodnim, zaraz przy szlaku do Palczy, moi rodzice mają działkę - nawet nie przypuszczałem, że ten szlak jest częścią tak długiej trasy! Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki.
      Tak czasem bywa, że o bliskich miejscach nie wiemy wszystkiego ;)

      Usuń

Prześlij komentarz