Na najwyższych szczytach Gór Kaczawskich



Nadchodzi weekend. Mimo zapowiadanej niezbyt dobrej pogody w góry i tak chcę jechać. Jakieś pobliskie Sudety, najlepiej żeby pierwszy nocleg był w wiacie, a drugi może być pod namiotem. Tak pada na Góry Kaczawskie, które w opcji „wiatowej” chciałem odwiedzić już wiosną. Piszę to w cudzysłowie, ponieważ chatka na Przełęczy Komarnickiej nie jest typową wiatą, ale bardziej czymś na kształt słowackich utulni. Takie coś pomiędzy.

Piątek, 20 listopada 2015

Radomierz, , Przełęcz Komarnicka

Z Wrocławia jedziemy do Radomierza BlaBlaCarem, bo znalezienie dojazdu komunikacją publiczną, wieczorem w bliskiej okolicy od chatki, jest niewykonalne. Wysiadamy pod kościołem i stąd też zaczniemy naszą wędrówkę. Tu następuje również zmiana planów, bo moja pierwotna opcja zakładająca pierwszy nocleg w wiacie, a drugi w namiocie nie wchodzi w grę. Powód jest prozaiczny: Kasia zapomniała namiotu :P Ponoć zrozumiała, że wyjazd ma być stacjonarny, więc namiot jest zbędny. No niech i tak będzie ;]
Początek naszej wędrówki to przejście przez DK3, a potem zanikającą ścieżką wzdłuż pola i łąką do lasu, gdzie ponownie znajdujemy wyraźną ścieżkę. Nie wiem czy konieczne jest tam chodzenie w wysokiej trawie i skrajem pola, ale my nie mieliśmy dużego wyboru. Powodem tego są nasze latarki, a dokładniej niemalże ich brak ;) Obie miały już słabe baterie, a moja dawała tyle światła, że z trudem widziałem szlak pod stopami. Wieczorem nawet przeszła w tryb czerwony, co oznaczało rozładowanie baterii. Ktoś spyta się, czemu nie zabrałem ze sobą baterii na wymianę. Oczywiście, że wziąłem, ale również wyczerpane :D Takie uroki pakowania się na ostatnią chwilę.

Ale wracając do naszej wędrówki, to spacer ciemnym lasem mija nam szybko. W pewnym momencie zaczyna kropić, zakładam pelerynę i idę dalej. Wychodząc na odkryty teren w okolicy Ziemskiego Kopczyka mamy okazję oglądać światła miejscowości położonych w Kotlinie Jeleniogórskiej oraz na Pogórzu Kaczawskim. Gdzieś tutaj również odkrywam, że padający od pewnego czasu deszcz, zmienił się płynnie najpierw w deszcz ze śniegiem, a potem w sam śnieg. Robi się ładnie - srebrzysty śnieg na trawie, w bladym świetle latarki, ma swój urok - ale zimno. Idąc wyraźną drogą przez polanę, przegapiamy odbicie szlaku i zaczynamy obchodzić Baraniec od dziwnej strony. Łatwo to zauważam, ze względu na jego charakterystyczny obiekt szczytowy – świecący na czerwono maszt. Żeby nie wracać przebytego przed chwilą odcinka, trawersujemy okolicę szczytu, by następnie zejść do naszego szlaku po drugiej stronie. Oczywiście ścieżki tutaj brak, jest tylko mokra i zaśnieżona trawa, która momentalnie przemacza nam buty. Stąd już mamy niedaleko do Przełęczy Komarnickiej, gdzie po dłuższej chwili, odnajdujemy naszą chatkę. W dzień nie byłoby to problemem, podobnie przy mocnej czołówce. Jednak nocą, we mgle nie było to wcale takie łatwe.

W środku wypakowujemy plecaki, szykujemy kolację, robimy grzane wino z przyprawami i idziemy spać.

Sobota, 21 listopada 2015

Przełęcz Komarnicka, Maślak, Skopiec, Baraniec, Przełęcz Komarnicka

Budzik oczywiście nastawiony na wschód, ale za oknem są tylko chmury, więc kładę się dalej spać. Ostatecznie wstajemy, gdy się wyśpimy, robimy śniadanie i czekamy aż przestanie padać. Tym oto sposobem na szlak wychodzimy dopiero kolo godziny 13. Część rzeczy zostawiamy w środku, a sami ruszamy na podbój najwyższych szczytów Gór Kaczawskich.

Ale najpierw rzut oka na widok spod chatki na Karkonosze:


Samo wnętrze wygląda bardzo ładnie. Są duże stoły do siedzenia, dwa poddasza do spania. Brakuje tylko drzwi i części okien.


Należy wspomnieć, że chatka ma swojego właściciela, a jest nim Koło łowieckie „Darz Bór” Jelenia Góra. Trzeba im przyznać, że ładna jest.


Ale trzeba ruszać, póki jest pogoda. Na początek pada na Maślak, który jest faktycznie najwyższym szczytem Gór Kaczawskich. Na niektórych mapach Maślak to wzniesienie, a szczyt to Folwarczna. Jego wysokość to ponoć 722.91m n.p.m. Nie prowadzi na niego żaden znakowany szlak, ale trafić na niego nie jest trudno. Wystarczy iść do lasu niebieskim szlakiem lub prosto ścieżką od wiaty (jakaś droga pożarowa) i w dogodnym miejscu odbić w prawo w wyraźną ścieżkę prowadzącą w górę. Z granicy lasu jest ładny widok na Baraniec i naszą chatkę, w której czeka na nas część naszych rzeczy.


Sama ścieżka jest wyraźna, a teraz dobrze widać nawet granicę śniegu, który pojawia się na wysokości około 700m.


Sam szczyt jest oznaczony stosowną tabliczką, więc się go nie przegapi.

Później kręcimy się jeszcze po lesie w poszukiwaniu zaznaczonych na mapie skałek, podpisanych jako Okopowa. Udaje nam się to, a z jednej z nich widać nawet Ostrzycę, ale warunki są słabe, więc foty brak. Prócz skałek, odnajdujemy również zimę, która powoli zdobywa nowe tereny:


Innymi leśnymi ścieżkami wracamy na Przełęcz Komarnicką. Kolejny punkt naszej wycieczki to Skopiec (720.48m n.p.m.), zaliczany do Korony Gór Polski jak i Korony Sudetów pod wysokością 724m. Na niego również nie ma szlaku, ale od przełęczy między Skopcem, a Barańcem wiedzie wyraźna ścieżka oznaczona drogowskazem.

Nadszedł czas na ostatnią dzisiejszego dnia górę, a mianowicie Baraniec, który mierzy ponoć 719.86m n.p.m. Trasa jest ewidentna, wiedzie łąką z ładnymi widokami na wschodnią część Gór Kaczawskich. W tym na przyciągającą uwagę górę Połom, na której działa kamieniołom.


Sam szczyt schowany jest w lesie - za ogrodzonym terenem z masztem - i oznaczony kopczykiem z dwoma kijami.

Schodząc rzucam okiem na wschodnią część Gór Kaczawskich i wracamy do naszej chatki.


Tam czekamy na zachód słońca, oglądamy Karkonosze i zaczynamy gotować obiadokolację.


Dzisiaj, dla odmiany po wczorajszym wieczorze, jest grzane piwo ;)

Niedziela, 22 Listopada 2015

Przełęcz Komarnicka, , Wojcieszów, , ", Mysłów

Rano nieśpieszna pobudka, śniadanie i wychodzimy na szlak. A tam trochę się zmieniło od wczoraj – świat bardziej pobielał. Zrobiło się ładnie :)


Wspomnę jeszcze, że jeżeli ktoś byłby tutaj nocą lub we mgle i szukał chatki, to ścieżka odbija od szlaku koło takiego charakterystycznego „pomnika” butów. Tego nie przegapi się nawet we mgle.

Widok na jesienny, pobielony las:

Dzisiejsza trasa, to najpierw zejście do Wojcieszowa, potem przejście przez tą miejscowość, następnie asfaltem wzdłuż potoku Olszanka, by ostatecznie wijącymi się przez pagórki, pola, łąki szlakami rowerowymi dojść do Mysłowa. Tam idziemy na przystanek PKS, skąd wracamy autobusem do Wrocławia. Opis tej części wędrówki jest krótki, ale w rzeczywistości przejście tego odcinka zajęło trochę czasu. Pogoda była jednak coraz ładniejsza, bo niebo się rozpogadzało i przybierało coraz bardziej błękitną barwę.

Jak widać nie jest to trasa bardzo wymagająca, ani kondycyjnie, ani czasowo. Spokojnie, z noclegiem w chatce można ją przejść w dwa dni, a bez noclegu pewnie nawet w jeden się uda :) Jednak tym razem celem nie było przejście jak najdłuższych odcinków szlaku, tylko po prostu wyjazd gdzieś w góry w celach biwakowych. W końcu była to pierwsza konkretniejsza wędrówka Kasi po czerwcowym tatrzańskim wypadku. Co prawda była ona już wcześniej w Gorcach i na Rusinowej Polanie, ale tamte wędrówki odbyły się na lekko i były krótkie, a teraz miała okazję powędrować trochę więcej i z trochę cięższym plecakiem. Jak widać z noga jest już w miarę ok, pozostaje tylko stopniowe rozchodzenie się :)

Komentarze

  1. W takim deszczu to nie dziwię się nawet, że tym razem było bez ogniska.
    Chatka koła łowieckiego wydaje się być rewelacyjna pod mały biwak z ogniskiem i różnorakimi dodatkami, o ile drewka przed nią leżące i okoliczne gałęzie można tam palić.

    A to:

    "Dzisiaj, dla odmiany po wczorajszym wieczorze, jest grzane piwo ;)"

    to była ta gotowana obiadokolacja?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z rozpaleniem ogniska pod wiatą nie będzie problemu, bo są tam nawet wyznaczone kręgi. Jest nawet murowany grill z rusztem. Kwestia drewna, to w okolicy pewnie można je znaleźć, bo to pod chatką, to wyglądało na nawiezione przez Koło Łowieckie.
      Przez chwilę nawet zastanawiałem się nad tym, czy rozpalić ognisko, ale gdy pomyślałem ,że najpierw będę musiał chodzić po mokrym lesie szukając drewna, potem męczyć się by coś się rozpaliło, a ostatecznie liczyć, że kolejny opad nie zagasi ogniska, to sobie darowałem. Szkoda było tyle się męczyć.

      Nie od dzisiaj wiadomo, że zupa chmielowa jest najlepsza na obiad :P

      Usuń
  2. Ja też zaliczyłem swego czasu "wpadkę noclegową". Odłożyłem jedyny korek do materaca na bok myśląc, że to zapasowy. Na miejscu niczym za bardzo wylotu zapchać się nie dało, bo to wersja zakręcana była... Podkuliłem ogon, "joby" godnie od żony przyjąłem a że był listopad, to średnio się na glebie spało. Odwrót i tyle z wyprawy :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehehe, widzę, że można zapomnieć nawet części samopompy ;)
      My na szczęście miejsce na nocleg mieliśmy i myślę, że to był właśnie powód zapomnienia namiotu - Kasia myślała, że oba noclegi tam mają być, a nie tylko jeden. Ale poradzilismy sobie :)

      Usuń
  3. Cisza, spokój na szlaku, do tego czas spędzony we dwoje - czy w takim przypadku ważne jest, czy się wzięło namiot? :) Fajnie, że zamiast siedzieć w ciepełku, Wy chodzicie po dróżkach, bez spinki i wyścigu. Cieszy mnie również, że Kasi noga już mniej doskwiera, teraz możecie śmiało snuć dalsze plany biwakowo-szlakowe ;) Pozdrawiam Was oboje bardzo gorąco :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Temu też jakoś sobie bez namiotu poradziliśmy, było po prostu bardziej leniwie, można powiedzieć taki leniwy weekend :P

      Fakt, z noga coraz lepiej, więc i plany jakieś się zaczynają pojawiać. Ale do czegoś konkretniejszego w Tatrach, to jeszcze chwila będzie musiała minąć. Ważne, by się nie śpieszyć.

      Usuń
  4. I tym sposobem zainspirowałeś mnie do realizacji pewnego pomysłu, ale to już na wiosnę ;) Cieszę się, że Kasia wróciła już do "gry". Z całej relacji najbardziej podoba mi się wasze wspólne zdjęcie. Jest takie jakieś inne niż dotychczas widziałam :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie rower po Kaczawskich? ;) Ja z tą okolicą też mam pewne plany, ale muszę pogadać z Damianem i jakoś zgadać się na jakiś dzień. Zobaczymy co przyniesie przyszłość.

      Hehe, zdjęcie faktycznie inne ;)

      Usuń
  5. Nie znam tych gór, jakoś je zawsze pomijałem. Fajne na takie niewyczynowe chodzenie. Pobielone, jeszcze w jesiennej szacie wyglądają całkiem ładnie.
    Pozdrowienia z Zabrza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, nie są to może jakieś góry będące główną atrakcją rejonu - w końcu sąsiadują z Rudawami Janowickimi i Karkonoszami, więc konkurencję mają sporą. Ale właśnie z Kaczawskich nająłdniej widać Karkonosze wiosną, gdy wszystko jest już wiosennie zielone, tylko grzbiet Karkonoszy cały biały.

      Usuń

Publikowanie komentarza