Choczańsko-fatrzańskie jesienne wędrowanie



Wielki Chocz i Wielka Fatra, to rejony, które kojarzą się z rozległymi przestrzeniami, widokiem na Tatry z jednej strony i morze karpackich szczytów z drugiej. Dla mnie jest to również pasmo, które warto odwiedzić z namiotem podczas kilkudniowej wycieczki, bo wtedy inaczej odczuwa się pobyt w górach. Ale czy jesienno-zimowy listopad, to dobra pora by tam jechać na urlop? Stwierdziłem, że jak nie pojedziemy, to się nie dowiem ;)

Czwartek, 2 listopada 2017

Ružomberok - vlak, , Likavka, , Kopanica

Dojazd na Słowację z Wrocławia trochę czasu zajmuje. Jedziemy najpierw IC do Katowic, skąd KŚ do Zwardonia. Tam czekamy około godziny na słowacki pociąg, którym jedziemy do Čadcy. Stąd już do Ružomberoka, skąd będziemy zaczynać naszą wycieczkę.

Listopadowy dzień jest już krótki, a godzina mocno popołudniowa wraz z całkowicie zachmurzonym niebem powoduje, że szybko robi się ciemno. Dodatkowo szlak przebiega pod budowaną właśnie autostradą, przez którą prawdopodobnie zmienił swój przebieg. Dość powiedzieć, że w jednym miejscu spotykają się trzy ścieżki znakowane jednym (niebieskim) kolorem. Z tego jedna, niewyraźna wieczorem/nocą, wiedzie łąką pod górę. Gdy my szliśmy nowym wariantem szlaku, który wiedzie wyraźną drogą, poszliśmy łukiem dalej tą drogą po znakach. Problem był jednak taki, że miałem dziwne wrażenie, że coraz bardziej wracamy do miasta, z którego wcześniej przyszliśmy... Więc odwrót i upewnienie się, że na pewno idziemy zgodnie ze znakami. Zgadza się, cały czas znaki mamy na tej drodze, którą idziemy, choć wyglądają na namalowane dawno temu. Próbujemy szukać jakiegoś logiczniejszego wariantu, jednak nic nie dostrzegamy. Robi się już ciemno, zaczyna padać deszcz. Zapada decyzja, że rozbijamy namiot tu, gdzie jesteśmy, bo nie ma sensu moknąć i błąkać się po nocy. Jutro będzie łatwiej odnaleźć się w okolicy.

I tym sposobem nasz ambitny plan dojścia na nocleg do Hotelu Choč padł.

Piątek, 3 listopada 2017

Kopanica, , Hotel Choč

Poranek wita nas chmurami, ale przynajmniej nie pada.


Koło 9 zwijamy rzeczy i postanawiamy wracać przebytą wczoraj drogą, aż zobaczymy jakieś logiczne odbicie prowadzące w górę. Na wspomnianym już wcześniej skrzyżowaniu niebieskich szlaków, kilkadziesiąt metrów wyżej, dostrzegamy wbity palik, pomalowany na niebiesko. Wieczorem i we mgle nie ma szans go zauważyć. No nic, przynajmniej ta droga już nam pasuje pod względem kierunku. Najpierw idziemy jeszcze trochę polami, potem już wchodzimy w las i powoli zdobywamy wysokość. Aż natrafiamy na coraz większą ilość śniegu.


Droga mija nam w chmurach, momentami przy prószącym śniegu, ale w perspektywie mamy schowanie się w schronie, więc tragedii nie ma. Na polanie poniżej schronu widzimy tabliczkę kierującą do wody. Coś mi się ubzdurało, że nie muszę jej tu brać, bo gdzieś bliżej też znajdę. Taa, później musiałem się wrócić i nabrać wody, by móc gotować.

Koło 12-13 meldujemy się w Hotelu i korzystając z prawa pierwszeństwa, zajmujemy pokój na dole.


Do dyspozycji innych gości pozostaje jeszcze poddasze z materacami.


Po zorganizowaniu wody czas na obiad, suszenie rzeczy, namiotu i długi odpoczynek ;) Bo dzisiaj już nigdzie nie idziemy, bo pogoda na dworze z gatunku "psa byś nie wyrzucił".


Kilka uwag do miejsca noclegu:
- materace brudne, ale karimata załatwia problem
- dach przecieka. W trakcie deszczu musieliśmy odpowiednio ustawić łóżka, by deszczówka nie moczyła naszych posłań i rozstawionych rzeczy.
- woda niedaleko (ok 10 min). Trzeba zejść kawałek niebieskim szlakiem w stronę Sedlo Spuštiak i tam na najbliższej polance jest drogowskaz do źródła. Na mapie zaznaczony jest potok, więc w razie czego da się odnaleźć.

Sobota, 4 listopada 2017

Hotel Choč, , Veľký Choč, , Hotel Choč, , Likavka, , Ružomberok - vlak, , Kalváriou, , Vlkolínske lúky, , Malina, , Vyšne Šiprúnske sedlo

Dzisiaj oczywiście przeprowadzamy poranny atak szczytowy na wschód słońca. Wierzymy w warunki, więc gdy na dworze panowały jeszcze głębokie ciemności, wstaliśmy i w blasku czołówek ruszyliśmy do góry pod rozgwieżdżonym niebem. Plecaki zostawiamy w środku, bo tutaj jeszcze wrócimy. Nie ma sensu z nimi włazić do góry.

Pierwsze spojrzenie za siebie daje pozytywny zastrzyk energii do szybszego marszu na szczyt.


Przecież będzie już tylko ładniej w porannym świetle.


Gdy jednak pojawia się słońce, ja jestem ciut poniżej wierzchołka, a sam szczyt zaczął chować się w chmurach. Czyżby tyle miało być z naszych pięknych widoków tego dnia?




Na szczęście nie i Tatry nam się ukazały!


Zdjęć szczytowych również nie zabrakło:




Widać polanę, na której znajduje się chata. A w tle morze chmur między szczytami.


A takie warunki są idealne, by zaobserwować Widmo Brockenu. Jest to zjawisko optyczne, polegające na zaobserwowaniu własnego cienia na chmurze znajdującej się poniżej obserwatora. Często cień otoczony jest tęczową obwódką zwaną glorią. Istnieje przesąd mówiący, że ten kto zobaczy widmo umrze w górach. Jednak ujrzenie tego zjawiska po raz trzeci powoduje, że można czuć się w nich już bezpiecznie. Jako, że ja swoje trzy pierwsze widma dawno mam już za sobą, to mogę spokojnie zająć się obserwacją kolejnego ;)




W dół do chaty idziemy przy widokach na coraz bardziej oświetlone okoliczne szczyty spowite we mgłach:










Widok na Małą i Wielką Fatrę:


Hotel Choč w całej okazałości:


Dla takich widoków o wschodzie warto było przesiedzieć o jeden dzień dłużej w rejonie Chocza, niż pierwotnie zakładaliśmy. Teraz czeka nas zejście do Ružomberoka tym samym szlakiem, którym wczoraj wchodziliśmy.
Na dole wchodzimy w mglę, rzucając ostatnie spojrzenie na Likavský hrad i Čebrať w tle:


W mieście zatrzymujemy się na przerwę obiadową. Zachodzimy do supermarketu i zakupujemy dużą kofolę i kurczaka z rożna. Zasiadamy na ławce na okolicznym skwerku i spożywamy nasz posiłek.
Po obiedzie ruszamy dalej. Teraz czeka nas dłuższe podejście, bo musimy znowu zdobyć sporo wysokości w drodze na grzbiet Wielkiej Fatry. Początkowo towarzyszy nam w tym Mnich (657 m n.p.m.), za którym bielą się ośnieżone Tatry Zachodnie.


Naszym celem na dziś jest Vyšne Šiprúnske sedlo, gdzie kilka lat temu spaliśmy w starym szałasie. Dochodzimy tam już w ciemnościach, trochę kręcę się po okolicy w poszukiwaniu, ale muszę uznać, że szałas przestał istnieć. Co prawda mnie to jakoś szczególnie nie zaskoczyło, bo już wtedy był on w kiepskim stanie. No nic, znajdujemy osłonięte przed wiatrem miejsce i rozbijamy namiot.

Niedziela, 5 listopada 2017

Vyšne Šiprúnske sedlo, , Nižné Šiprúnske sedlo, , Severné Rakytovské sedlo, , Južné Rakytovské sedlo, , Sedlo pod Čiernym kameňom

Rano liczyłem na ładny wschód, jednak niebo jest całkowicie zasnute chmurami. Tak więc po śniadaniu pakujemy plecaki i ruszamy przed siebie na zaśnieżoną, niczym wczesną wiosną, Grań Wielkiej Fatry.


Widok na Vyšne Šiprúnske sedlo.


Podobny do krokusów zimowit jesienny. Widać godnie przywitał zimowe warunki ;)


Liczyliśmy, że w okolicy, albo w samym Hotelu Smrekovica uda nam się zakupić kofolę lub coś innego i chwilę się zagrzać. Jednak wszystkie budynki, które mijaliśmy wyglądały na zamknięte, a sama okolica robiła bardzo ponure i przygnębiające wrażenie. Dlatego też tylko zasiedliśmy w wiacie na łyk herbaty z czekoladą i ruszyliśmy dalej zmagać się z silnym wiatrem, zimnem i szarymi widokami w około.


Rejon Rakytova omijamy trawersującym go szlakiem żółtym. Na szczycie już byliśmy, a wchodzić w śniegu i bez widoków na górę się nam nie chce.




Rakytov z przełęczy


Idąc dalej, zaczyna się pojawiać trochę błękitnego nieba. Początkowo niezbyt dużo, jednak z czasem było go coraz więcej, dając nadzieję na ładny zachód.


Wędrowiec z plecakiem, grunt to odpocząć na urlopie :)


Čierny kameň i Ploská


Na nocleg obieramy rejon Sedla pod Čiernym kameňom. Jest tam spory płaski teren, a dodatkowo można znaleźć wodę ze źródła w okolicy. Gdy Kasia poszła szukać wody, wróciła co prawda bez niej, ale ślady niedźwiedzia odbite w śniegu zauważyła. Taki to rejon, że niedźwiedzi tam ponoć trochę biega. Ostatecznie trochę wody udaje się nabrać z ledwie ciurkającego strumyczka przy czerwonym szlaku.

Samego zachodu nie oglądamy, bo słońce znika za górami, do tego chmur nadal sporo się na niebie kłębi.


Poniedziałek, 6 listopada 2017

Sedlo pod Čiernym kameňom, , , Ploská, , Sedlo pod Kopou

Rano warunki się trochę polepszyły. Widać dużo mniej chmur niż wczoraj wieczorem, ale słońce nadal zasłonięte.




Mimo tego, widoczność poprawiła się na tyle, że widać nawet Tatry. Niezbyt wyraźnie, ale zauważa się je już na horyzoncie. Rano jemy śniadanie, ale herbaty nie robimy, żeby zaoszczędzić ciężko zdobytą poprzedniego dnia wodę. Wychodząc na szlak, dosłownie po paru minutach mijamy obficie płynące źródło. Jednak stwierdzamy, że skoro mamy niecałą butelkę, to nie potrzebujemy więcej, tylko po to, by wnosić ją na górę i targać w plecaku (a na herbatę i tak już za późno, plecaki spakowane, nastroje marszowe...). Przecież można uzupełnić ją w mijanym popołudniu źródle. No, plan jest dobry, wręcz genialny, tylko ma jeden haczyk. To źródło musi tam być, ale o tym później. Na razie wchodzimy na szczyt o nazwie Ploská (1532 m). Szczyt jest bardzo rozległy, przez co widać głównie dalsze plany, bo to, co blisko jest pozasłaniane jej zboczami. Sytuacja podobna jak na naszym Śnieżniku, ale w większej skali.




Grób powstańca na szczycie


Gdy zeszliśmy ze szczytu na odbicie do Chaty pod Borišovom, zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę na jedzenie, opalanie i odpoczywanie, bo słońce już ładnie operowało.


Kolejną przerwę robimy na szczycie Javoriny (1328 m). Trzeba się przebrać bardziej odpowiednio do warunków, bo słońce swoje robi.

Teraz już do końca dnia będziemy iść w lesie, z krótkimi prześwitami na okolicę.


Idzie się fajnie, ale problemem robi się brak wody. Dodatkowo, jak to na dłuższych wycieczkach, większość naszego jedzenia nadaje się do spożycia dopiero po ugotowaniu lub zalaniu gorącą wodą. Dlatego też, gdy w rejonie szczytu o nazwie Malý Lysec zauważam na mapie strumień, idę go poszukać. Szukam, szukam, schodzę sporo niżej, tam gdzie powinna być woda i zauważam tylko suche wyżłobienie, którym czasem chyba woda płynie. No nic, trzeba sobie radzić będzie inaczej. Dodatkowym utrudnieniem jest to, że nie ma już leżącego wszędzie śniegu jak na poprzedniej grani, którą szliśmy z Ružomberoka na Ploskę. Dlatego, gdy tylko doszliśmy na Sedlo pod Kopou i zobaczyłem płat śniegu, od razu wiedziałem, że tu będziemy mieli namiot. Jak wiadomo, śnieg to woda, tylko taka trochę zamarznięta. A przy wystarczającej ilości ciepła, da się go przerobić nawet na herbatę ;) Jako, że był to świeży śnieg, nie był brudny i pełny igieł jak te wiosenne płaty. Tutaj igły i liście leżały tylko w małej ilości na powierzchni.

Wtorek, 7 listopada 2017

Sedlo pod Kopou, , Tlsty diel

Koło 8:30 wychodzimy z namiotu i zaczynamy pakowanie na dalszą część wędrówki.


Pierwszym szczytem na naszej drodze tego dnia jest Jarabiná (1314 m). Na szczycie przywitały nas rewelacyjne widoki na okolicę.






Większość dzisiejszej wędrówki odbywa się w lesie. Podejście na Kľak jest miłym urozmaiceniem. Kľak jest drugim najwyższym szczytem na tym ramieniu Wielkiej Fatry (tzw ramię turczańskie). Podejście na niego jest strome i skaliste. Porozrzucane wzdłuż szlaku wapienne wychodnie robią niesamowite wrażenie. W rejonie Kľaka pojawiają się także widoki na Małą Fatrę:


Jak i całą górską okolicę:


Wielki Chocz i Tatry


Tatry Wysokie


Wielka Fatra


Zejście z Kľaka jest nie mniej strome, co podejście. Dodatkowo mokry śnieg i zwalone drzewa nie ułatwiają drogi. Na szczęście udaje się nam zejść bez większych problemów.
Na trawersie Nižnej Lipovej spotykamy piękne i wydajne źródło. Uzupełniamy wodę by nie musieć się martwić na biwaku i ruszamy dalej szukać dobrego miejsca na nocleg.


Przyjemne łąkowe klimaty


Namiot rozbijamy w okolicach Tlsty diel. Znajdujemy płaski kawałek łąki pod lasem i tu zostajemy na noc.


Oglądamy zachodzące słońce i powoli kładziemy się spać. Tutaj spędzamy ostatni nocleg w górach podczas tego urlopu.

Środa, 8 listopada 2017

Tlsty diel,, Lubochnianske sedlo, , Krpeľany

Rano wyglądam na zewnątrz i mam widoki na przymgloną Małą Fatrę.


Sama miejscówka biwakowa nie jest pięknie położona, ale blisko miasta, skąd będziemy wracać.


W drodze na dworzec mijamy zaporę wodną Krpeľany na rzece Wag. Na stacji orientujemy się kiedy jest pociąg do Żylina i w pobliskim sklepie zakupujemy studencką i kofolę. W Żylinie mamy czas na obiad. Następnie ruszamy pociągiem do Zwardonia, gdzie mamy pociąg KS do Katowic, a potem IC do Wrocławia. Tym oto sposobem zakończyliśmy swoją urlopową wędrówkę po Choczu i Wielkiej Fatrze.

Było to nasze drugie spotkanie z Wielką Fatrą - Majówka w Wielkiej Fatrze. Cześć trasy pokrywała się z wcześniejszą wycieczką, ale ani przez chwilę nie było szkoda, że idziemy jeszcze raz tym samym szlakiem. Pogoda początkowo nam trochę pokazała swoją gorszą stronę, ale później było już bardzo dobrze. Najbardziej jestem zadowolony z odwiedzin Wielkiego Chocza, który chodził mi po głowie już długi czas. Nawet pierwotnie chcieliśmy go odwiedzin podczas wspomnianej wcześniej wycieczki, ale co się odwlecze, to nie ucieknie ;)

Więcej zdjęć: https://photos.app.goo.gl/bL2FanypJLuiVbYU6

Komentarze

  1. Świetna tura z namiotem pod pachą. Mimo lichego miesiąca jakim jest listopad warunek trafiliście przyzwoity. A Wielki Chocz to dla mnie jeden z najpiękniejszych szczytów Słowacji, jest skubaniec w centrum uwagi a widoki z niego jak na zdjęciach, powalają. Red, uważaj, bo z Poznaniakiem coś się święci . Jakieś straszenie cyklem zimowej Słowacji na rakietach w opcji dziad.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, też obawiałem się pogody w czasie tego urlopu, ale nie było aż tak źle. Do ideału trochę zabrakło, ale narzekać nie mogę.

      Co do tego wiosennego cyklu, to będę śledził temat, ale znając nasze grafiki, to się rozjedziemy z wolnym.

      Usuń
  2. To nie krokusy, też ostatnio się na to nabrałem :) https://pl.wikipedia.org/wiki/Zimowit_jesienny Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajny wypad. Takie liźnięcie zimy w wersji soft.

    Jedyne co podpowiem to, przeczytaj na spokojnie jeszcze raz relację i wyłap powtórzenia i zły szyk w zdaniach. Jest kilka takich kwiatków. Nie tak znowu wiele, ale za dużo, żeby wszystkie przytoczyć w komentarzu. Ale to takie coś jak np:
    czas mamy czas

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za uwagi. Poprawiłem kilka rzeczy, które wyłapałem. Na pewno nadal nie jest idealnie, ale już lepiej.

      Usuń
  4. Widoki z Chocza piękne. Później jednak pogoda trochę kaprysiła. Szałasu na Siprunskim też wyglądaliśmy ostatnio i domyślaliśmy się, że już nie istnieje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli myślę, że nie przegapiłem go, tylko go już nie ma. Cóż, drewniane domki nie są wieczne.

      Tak, Chocz widokami dowalił. Potem nie było idealnie, ale narzekać na pewno nie mogę :)

      Usuń
  5. Wstawiasz takie relacje, a potem menel mnie wkręca w wyjazdy :-D Człowiek chciałby coś nowego zobaczyć, a potem znowu w WF kończy ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie daj się, forsuj nowe kierunki, bo warto oglądać nowe. I tego dziada przekonuj do tego :P

      Usuń
  6. Żadna pogada Ci nie straszna. Świetne zdjęcia.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz